niedziela, 16 czerwca 2013

ART OF IMPROVISATION Creative Festival 21-23 czerwca 2013 / CK AGORA / Wrocław

ART OF IMPROVISATION Creative Festival 21-23 czerwca 2013 / CK AGORA / Wrocław

ART OF IMPROVISATION Creative Festival to międzynarodowy, interdyscyplinarny projekt, poświęcony sztuce improwizowanej (głównie muzyce), podkreślający jej różnorodność, a przede wszystkim otwartość na zmianę i eksperymenty. Festiwal prezentuje niezwykłych artystów, dla których kreatywność jest podstawą twórczego rozwoju. Wyjątkowość sztuk improwizowanych w połączeniu z talentem, kreacją, wiedzą i umiejętnościami zapraszanych artystów, tworzą znaczącą wartość. Skupiający się na muzyce projekt poszerza swoją formułę o działania performerskie, taneczne i teatralne oparte o improwizacje. Tym, co odróżnia festiwal od innych tego typu projektów jest fakt, że taką samą wagę przykłada się do prezentacji oraz promocji młodych, rozwijających się twórców, jak i uznanych artystów, stwarzając im przestrzeń do spotkania.


Już w czerwcu nowoczesne wnętrza CK AGORA staną się przestrzenią skupiającą najciekawsze zjawiska współczesnych sztuk improwizowanych. ART OF IMPROVISATION Creative Festival zaprezentuje nowatorskich muzyków, performerów, artystów posługujących się szeroko rozumianą improwizacją. Wśród gwiazd znajdą się m.in. jeden z najwspanialszych saksofonistów wszechczasów  Evan Parker w duecie z genialnym pianistą Agustí Fernándezem, charyzmatyczna wokalistka Saadet Türköz w towarzystwie Zlatko Kaučiča i Giovanniego Maiera, a także dwie wyjątkowe improwizatorki z Japonii: Aki Takase i Yui Kawaguchi. Niezwykle ważną częścią wydarzenia są KREACJE, prezentacje najbardziej utalentowanych młodych improwizatorów.

Podczas ART OF IMPROVISATION Creative Festival duży nacisk kładziony jest również na jego edukacyjny i integracyjny aspekt. Improwizacyjne Warsztaty Integracyjne poprowadzi niesłysząca perkusjonistka,  laureatka nagrody Grammy - Evelyn Glennie, a także  japońska tancerka i choreografka Yui Kawaguchi oraz  turecka wokalistka  Saadet  Türköz. Główną ideą warsztatów jest stworzenie wspólnej przestrzeni porozumienia artystycznego twórców niepełnosprawnych z pełnosprawnymi oraz integracja obu grup.

Projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

PROGRAM:

20 czerwca/czwartek/imprezy towarzyszące

14.00 INTERDYSCYPLINARNE WARSZTATY DLA DZIECI "IMPROWIZACJA W PROCESIE TWÓRCZYM" (wstęp wolny)
19.00 OTWARCIE INTERAKTYWNEJ WYSTAWY "METAMORFOZY" G.M.K  (wstęp wolny)

------------------------------------------------------
21 czerwca/piątek

10.00  IMPROWIZACYJNE WARSZTATY INTEGRACYJNE Z EVELYN GLENNIE  (otwarte dla publiczności)
18.00  KREACJE/PRZEGLĄD część 1 (wstęp wolny)
21.30  performance YUI KAWAGUCHI & AKI TAKASE  „CADENZA - DIE STADT IM KLAVIER V" (14/19 PLN)
23.30  JAM SESSION (wstęp wolny)

--------------------------------------------------------

22 czerwca/sobota

11.00  IMPROWIZACYJNE WARSZTATY INTEGRACYJNE Z YUI KAWAGUCHI (otwarte dla publiczności)
13.00  projekcja filmu „RISING TONES CROSS" (wstęp wolny)
15.00  projekcja filmu „TOUCH THE SOUND: A JOURNEY WITH EVELYN GLENNIE" (wstęp wolny)
17.00  KREACJE/PRZEGLĄD część 2 (wstęp wolny)
20.30  koncert POSTAREMCZAK/SZPURA/TOKAR/CIERLIŃSKI (11/15 PLN)
22.00  koncert SAADET TÜRKÖZ/GIOVANNI MAIER/ZLATKO KAUČIČ (14/19 PLN)
23.30  JAM SESSION (wstęp wolny)

----------------------------------------------------------

23 czerwca 2013/niedziela

13.00  IMPROWIZACYJNE WARSZTATY INTEGRACYJNE Z SAADET TÜRKÖZ (otwarte dla publiczności)
16.00  KREACJE/ZDERZENIA (wstęp wolny)
19.00  koncert MAŁGORZATA BOGUSZ & HYBRIDA CONCLUSIO (wstęp wolny)
20.30  koncert AGUSTÍ FERNÁNDEZ/EVAN PARKER (14/19 PLN)


KARNETY: 39/49 PLN
PRZEDSPRZEDAŻ: TICKETPRO/EMPIK/MEDIA MARKT/SATURN
SPRZEDAŻ PODCZAS FESTIWALU: CK AGORA

ORGANIZATOR: Centrum kultury AGORA, ul. Serbska 5a, 51- 111 Wrocław, 71 – 324 14 83, www.ckagora.pl

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Ojcostwo muzycznie.

Muzycznie jestem głęboko rozczarowany moim ojcostwem. Muszę tak zacząć, żeby nie powiedzieć, że jestem poważnie zaniepokojony moimi dziećmi. K.Ź. opowiadał mi wielokrotnie, jak to jego potomstwo zaprzecza wszelkim standardom, jakoby dzieci lubiły te wszystkie naiwne melodyjki, prostackie hity i żenujące motywy, jak to spokojnie raczy je Mezbowami i innymi Bargeldami, czasem ocieplając klimat soczystym free, a jego dzieci, może bez ciągłego entuzjazmu, ale reagują zupełnie neutralnie, z werwą odnajdując motywy rytmiczne i natychmiast wdrażając pląs. Wobec takiego dictum żyłem w błogim przekonaniu, że przy moich, jakże lekkostrawnych preferencjach, dzieci moje z łatwością przyjmą stare bluenote'y, które rozkołyszą je i wprawią w taneczny nastrój. I faktycznie wyglądało na to, że będzie ok. Tłem naszej pielęgnacyjnej codzienności były płyty Blakeya, Morgana, Davisa, Webstera, Greena i wielu innych, co bardziej kołyszących. Czasem wrzucałem jakąś nowość, która wydawała się przystępna, a w ocenie tej pomagała mi moja partnerka, która średnio znosi współczesny jazz, nawet jak jest mocno wyspana.
Minęły miesiące, a moja dziatwa zaczęła stopniowo sygnalizować pewne preferencje nie tylko dotyczące suchości pieluchy i jakości podanego pokarmu, lecz także, niestety, kwestii oferowanego przez tatusia repertuaru. Wnioski z - jakże radosnych - początków naszej komunikacji? Bluenote'om powiedziały stanowcze nie! Na wygłupy współczesnych reagują chwytaniem się za głowy i histerycznym płaczem, a każde rzężenie gitarowe, nawet bardzo melodyjnych avantrockowców, komentują pełnym zaniepokojenia spojrzeniem, które niechybnie zwiastuje nadchodzący lament.
Są tego jednak plusy. Sytuacja głuchej ciszy, przerywanej ich mniej lub bardziej radosnymi okrzykami, tatusiowi średnio odpowiada, więc musieliśmy poszukać kompromisu. Zafundowaliśmy sobie szereg odsłuchów, w czasie których moje nieletnie jury, niczym Cezar ruchem palca, swoją krzywą miną lub rozkosznym bujaniem się na boki sygnalizowało aplauz lub jego brak dla konkretnych muzycznych zjawisk.
Czego zatem słuchamy? Przełom baroku i klasycyzmu akceptują, bo pewnie gdzieś podskórnie czują, że służy ich rozwojowi. Trudno jednak oczekiwać by przy tym tańczyły. Romantyzm odpada. Właściwie wszystko co późniejsze odpada, z jednym wyjątkiem: "Bolero" je zaczarowało. Reszta współcześniejszych na śmietnik. Przejdźmy do muzyki popularnej: oczywiście Beatlesi, stary blues, a od niedawna odkrywany soul. Motown Records wzbudzało ich uśmiech, ale niestety w znacznej większości (z wyjątkiem Wondera), tatusiowi robiło się słabo. Zbyt cukierkowo, zbyt oczywiste te wszędobylskie orkiestracje. Świetnie wspólnie reagujemy za to na Otisa Reddinga, Billa Withersa czy Bobby Womacka. Z nowszych rzeczy sytuację ratuje Devendra Banhart czy cała scena małych instrumentów z Pascalem Comelade, Klimperei i Małymi Instrumentami na czele, czasem obroni się Kihlstedt...
Wiecie, co jest jednak najgorsze? Babcia kupiła mojej dwójeczce takie multimedialne gówniączko - coś a'la klawiaturę, tyle że zamiast liter można po wciśnięciu usłyszeć syntezatorowe wersje znanych hitów, kolęd czy Marsylianki. Gdy widzę entuzjazm, z jakim witają ten syntetyczny badziew, te radosne okrzyki i podwójne bujanie się w skupieniu, mam wrażenie, że nie będzie dobrze.

Marcin Kiciński
PS. podziękowanie dla soul-jazz.blogspot.com oraz J.D. za pomoc w ogarnianiu zjawiska soul, funk i r&b.

niedziela, 2 czerwca 2013

Carla Kihlstedt & Matthias Bossi "Niagara Falling: Tales for the Stage, III"

sobota, 1 czerwca 2013

LEO RECORDS - NOWOŚCI


ANTO PETT / CHRISTOPH BAUMANN
NORTHWIND BOOGY
Anto Pett - p
Christoph Baumann - p 

 ARRIGO CAPPELLETTI QUINTET
HOT MUSIC
Giulio Martino (tenor&soprano sax),
Sergio Orlandi (trumpet),
Adrian Myhr (double Bass)
Tore Sandbakken (drums)

SCOOLPTURES
PLEASE DRIVE-BY CAREFULLY
Nicola Negrini (doublebass, ubass, metallophone and live electronics),
Achille Succi (alto sax, bass clarinet and shakuhachi),
Philippe "Pipon" Garcia (drums, prepared guitar and live electronics)
Antonio Della Martina (sinewaves and live electronics) 
2CD

SWEDISH MOBILIA + LUCA AQUINO
DID YOU HEAR SOMETHING?
Andrea Bolzoni - guitar + live electronics
Dario Miranda - bass + live electronics
Daniele Frati - drums + percussion
Luca Aquino - tp

czwartek, 9 maja 2013

Trupa Trupa "++", Wydawnictwo niezależne, 2013 - czyli dlaczego nienawidzę gadać z muzykami

Grzegorz Kwiatkowski – gitara, wokal
Wojciech Juchniewicz – bas, gitara, wokal
Rafał Wojczal – organy, gitara, wokal
Tomek Pawluczuk – perkusja
+
Adam Witkowski – mikrofony, przestrzeń, miks
+
Mikołaj Trzaska – saksofon, klarnet (Dei, Influence)
Tomasz Ziętek – trąbka (I hate, Over)

Rok wydania: 2013


Oto, dlaczego nienawidzę gadać z muzykami.
Dostałem maila od Grzegorza Kwiatkowskiego, z prośbą o zamieszczenie informacji o premierze nowej płyty jego zespołu Trupa Trupa. W mailu znalazł się link do empetrójek - ściągnąłem. Zanim jednak włączyłem, zainteresowałem się kto zacz, bo zespołu nie znałem. Długo nie trzeba było szukać, by natrafić na ich poprzednie dokonania udostępnione na bandcampie. Posłuchałem pierwszego longplaya i zwariowałem. Dawno nie słyszałem tak dobrego i nowoczesnego britpopu. Czasem postpunkowe ("Good days are gone", "Marmalade sky"), czasem albarnowskie ("Did you", "Nearness of you", "Don't go away") melodie, niby garażowe, szorstkie, zbuntowane, ale też niezwykle lekkie, pomysłowe, chwytliwe, wciągające i na długo zapadające w pamięć. Kilka z nich jest na prawdę bardzo oryginalnych - moją faworytą jest "Porn Actress". Ogólnie pierwszy album to 28 minut samych petard. Żadnych uwag. To rzadkie w polskiej muzyce - pewnie się Cieślak nieźle wkurwił - se pomyślałem.
Wchodzę w drugą płytę i słyszę psychodelię. Cieszę się, bo lubię - cieszę się tym bardziej, bo płytę otwierają doskonałe cztery kompozycje, które choć sążnie umaczane w końcówce lat sześćdziesiątych, kontynuują zacną tradycję z pierwszego albumu - unikania schematów, szukania wielobarwności. Im bliżej końca płyty, tym bardziej odczuwam jednak lekkie znużenie. Piszę więc do Kwiatkowskiego:
"Strasznie mi się podoba Wasze pierwsze LP. Z drugim jest chyba trochę (podkreślam "trochę") gorzej, ale dopiero raz przesłuchałem. Wydaje mi się, że za bardzo poszliście w postwczesnofloydowską psychodelię. Jest kilka świetnych utworów, ale pojawiły się chwile wrażenia przesytu i archaiczności... Chyba zabrakło cudownej lekkości, która urzekła mnie na "Jedynce"." Czyż nie jest to kwintesencja delikatnej krytyki? W odpowiedzi dostaję między innymi następujące słowa: "ja nie lubię Floydów, lubię Beatelsów i wszędzie ich tam słyszę - tylko że z różnych okresów, ale Floydów i psychodelii w ogóle nie lubię".
Jak to nie lubi Floydów, skoro ja słyszę wszędzie Floydów? Gdzie tam Beatlesi? Słucham więc płyty kolejny raz i kolejny i kolejny... Dobrze mi z tym kolejnym słuchaniem, "I hate" znam już na pamięć, "Over" nucę na okrągło, lecz ciągle "Felicy", "Miracle", "Here and then", "Dei" brzmią mi jak niemal żywcem wyciągnięte z pierwszych dwóch LPków Floydów, a "Influence" niczym z solowego Barretta.
Średnio mi to przeszkadza - przecież już napisałem, że tej stylizacji, której - jak autor twierdzi - wcale nie ma, tylko mi się wydaje, jest tylko trochę za dużo, że album jest świetny.
Jest jednak jakaś prawda, której powinniśmy się trzymać? Czy nie ma?

Marcin Kiciński


niedziela, 5 maja 2013

Wacław Zimpel Quartet "Stone Fog", 2013, ForTune Records vs koncert we wrocławskim Colloseum 23.04.2013


Wacław Zimpel – klarnet
Krzysztof Dys – fortepian
Sydney Christian Ramond – kontrabas
Klaus Kugel – perkusja

Wytwórnia: ForTune Records
Rok wydania: 2013






Drugi raz podchodzę do recenzji tej płyty. Wcześniej napisałem o tym, jak to Zimpel najwyraźniej dojrzał i jak pięknie podsumowuje swoje dotychczasowe doświadczenia. Wspomniałem, że świetnie dobrał skład pod kątem realizowania założeń europejskiej muzyki, niekoniecznie improwizowanej, i o tym, jak w tym doskonale dobranym towarzystwie z łatwością pokazuje nam oblicze osoby, która jednak pokaźną część swojego życia spędziła na akademii, a w jej krwi płyną ciągle tysiące nut etiud i zaliczonych koncertów klarnetowych. Cieszyło mnie to pisanie, bo czułem swą tezę. Po koncercie we wrocławskim Colloseum całą spłodzoną treść skasowałem i musiałem zacząć na nowo.

Koncert zadziwił jeszcze pod nieobecność muzyków, gdy na scenie wśród rozstawionych instrumentów dało się zobaczyć piano Fender Rhodes zamiast klasycznego fortepianu czy pianina. W żaden sposób nie wyobrażałem sobie, jak kwartet zamierza oddać ducha znanej mi już wtedy płyty z użyciem tego instrumentu i  zacząłem się lekko niepokoić. Mój niepokój wzrósł tym mocniej, gdy na scenie pojawili się już muzycy i zamiast klejenia onirycznych wstępów, uderzyli z animuszem iście freejazzowym. Wzrósł jednak tylko na chwilę i tylko po to, by zamienić się w równie intensywny, absolutny zachwyt.

Mój główny zarzut do Zimpla dotyczył braku umiejętności oszacowania własnych możliwości w kontekście określonej stylistyki. Chodziło głównie o spiritual, który choć zaraźliwy i kuszący, moim zdaniem nie jest pisany współczesnym. W moim odczuciu jest to etap zamknięty w określonych ramach czasowych z jasnym i niepowtarzalnym duchem epoki jako w pełni determinującym kontekstem. Zimpel improwizować jednak umie świetnie i udowodnił to niejednokrotnie, nigdy jednak dotąd nie czułem się do tej improwizacji w pełni przekonany. Zawsze miała ona bowiem znamiona osobistego eksperymentu, jakichś poszukiwań, przełamywania granic. Owszem, pewnie dla wielu zarówno muzyków, jak i słuchaczy o to właśnie chodzi - mnie to jednak zazwyczaj nudzi. Uwodzić mnie potrafi za to ten muzyk, który nie szuka już poza sobą, nie eksploruje terenów dla siebie grząskich i niepewnych, lecz twardo stąpając po ubitej glebie własnego doświadczenia, potrafi tworzyć genialne i niepowtarzalne wariacje, będące interakcją z pozostałymi - sobie podobnymi kolegami po fachu. Takim muzykiem staje się na naszych oczach Wacław Zimpel.

A płyta jest swego rodzaju podsumowaniem jego dotychczasowej pracy. Na szczęście nie ma na niej już pseudocoltrane'owskiego transu czy nakręcania - tak zgubnych w tym kontekście - nieokiełznanych ekspresji, których sztampowy przebieg stanowi zazwyczaj dla muzyka pokroju Zimpla raczej ograniczenie niż uwolnienie, jest za to wszystko to, za co Zimpla lubię, czyli zderzanie dwóch tkwiących w nim wrażliwości: akademickiej i folkowej. Na płycie słychać też echa żydowskich melodii, ale tym razem stanowią one już tylko piękne niuanse i ozdobniki - nie dominują, nie determinują - zaznaczają jednak w sposób adekwatny kulturową tożsamość autora, która przestaje być znakiem zapytania, a staje się deklaracją. Płyta jest wyciszona, w wielu miejscach wręcz oniryczna, kilkukrotnie się jednak dość zgrabnie rozkręca i zaskakuje bardzo wyważonym uderzeniem. Jest przykładem pracy przemyślanej i zaplanowanej.

Zupełnie odwrotnie przebiegał koncert, w czasie którego doświadczaliśmy spontanicznej, radosnej, bardzo dynamicznej ekspresji - w znacznej mierze dyktowanej dość wybuchowym tego dnia charakterem gry Klausa Kugela. Miałem wrażenie, że występ był na tyle wolny od jakichkolwiek założeń, że już sama zmiana brzmienia instrumentu klawiszowego wpłynęła znacząco na wewnątrzzespołową interakcję. Wynikiem tego była muzyka, która ewidentnie odpłynęła gdzieś na drugą stronę Atlantyku, a momentami cechowała się nawet lekko psychodelicznym smaczkiem.
Wspaniale było patrzeć na Zimpla na żywo. Był to bodaj jego trzeci występ, który miałem okazję oglądać na przełomie ostatnich sześciu już chyba lat. Nigdy do tej pory nie widziałem go tak pewnego siebie, spokojnego i skoncentrowanego. Pewnie dlatego też ten występ, podobnie jak płytę, cechowała niesamowita wielobarwność.

W obu przypadkach sprzyjała temu na pewno idealnie dobrana kompania. Krzysztof Dys wydaje się być w tym projekcie kimś więcej niż tylko sidemanem. Równie dobrze wykształcony i sprawny, podobnie stojący gdzieś okrakiem między akademią a wolną muzyką. Świetna kooperacja między oboma panami wyraźnie się zaznacza na płycie. W utworach: pierwszym i siódmym (moim zdaniem najlepszych na albumie) to właśnie Dys wytwarza genialną atmosferę, w którą wpisują się pozostali. Co do Kugela i Ramonda - należy podkreślić ich instrumentalny uniwersalizm, który cechuje muzyków najwyższej klasy. Kugel jest z tego znany od lat, uzupełniając składy projektów o kompletnie różnej, muzycznej charakterystyce. Ramonda dotąd nie znałem. Ale łatwość poruszania się między stylistykami: tą narzuconą na płycie i tą współtworzoną na koncercie wskazuje, że jest gościem z tej samej, co Kugel, ligi.

Dlaczego musiałem wywalić napisaną wcześniej recenzję? Pierwotnie wydawało mi się, że wraz z pierwszymi odsłuchami "Stone Fog" dostrzegłem ten wyjątkowy moment, kiedy Wacław Zimpel stał się muzykiem dojrzałym, który nareszcie może pokazać nam pełnię swoich walorów. Po koncercie okazało się, że on już nim jest raczej od jakiegoś czasu, a ja ten moment po prostu przegapiłem.

Marcin Kiciński


Aaron Novik "Hanks Piperaceous vs. Millicent Ruckdeschel", 2013

sobota, 4 maja 2013

niedziela, 21 kwietnia 2013

niedziela, 7 kwietnia 2013

Tomasz Stańko "Wisława", ECM, 2013 - czyli polemika z Maciejem Nowotnym


Tomasz Stańko - tp
David Virelles - p
Thomas Morgan - b
Gerald Cleaver - dr

Wytwórnia: ECM
Rok wydania: 2013




Drogi Macieju,

Muszę się odezwać, ponieważ zupełnie nie rozumiem zarzutów dotyczących niniejszej płyty, które umieszczasz w kolejnych portalach, z którymi współpracujesz (mam na myśli tekst dla Jazzarium, oraz fragment podsumowania pierwszego, płytowego kwartału tego roku dla Jazzpressu pt. "Wiosna w polskim jazzie"). Naturalnie daleki jestem od wdawania się w dysputę na temat Twoich odczuć związanych z płytą "Wisława". Nie mogę jednak milczeć, gdy stawiasz tezy zupełnie niezgodne z kwestiami obiektywnymi.

Na wstępie muszę przypomnieć, że obcujemy z płytą wydaną przez oficynę ECM, która jako jedna z nielicznych od długiego już czasu narzuca artystom swego rodzaju ograniczenia - określa ramy, zadaje zadanie. Jest to pewne status quo, którego podważanie jest zupełnie irracjonalne, a dysputa nad sensownością postępowania Eichera skazana na niepowodzenie, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę  powstające dookoła, jak grzyby po deszczu, wytwórnie - koguciki, wydające - nie wiedzieć po co - setki (łącznie) rejestracji nieudanych prób improwizacji, spaprane koncerty, całą masę nudnej, mimo że hałaśliwej i wtórnej, choć niesamowicie gęstej, freeimprovovej bądź freejazzowej młócki.  ECM jest jak monolit, a jego koncepcja wtłaczania całych pokoleń muzyków o przeróżnej narodowości , wrażliwości i stylistycznej proweniencji w określone estetyczne ramy, jest nader potrzebna, gdy wokół wszystko się od tej bezgranicznej wolności degeneruje. ECM oferuje jakość, ponieważ tylko muzyk utalentowany i świadomy, a do tego dysponujący odpowiednim warsztatem, sprosta zadaniu i przejdzie eicherowską próbę. Dostajemy dzieło twórcy zweryfikowanego i naprawdę nieważne, czy  znajdzie się ono w pierwszej trójce najlepszych albumów w jego dyskografii. Może dlatego pewnie każdy szanujący się muzyk z pocałowaniem ręki podjąłby eicherowską rękawicę i pewnie dlatego biedny Eicher, lub raczej jego świta, konsekwentnie odsyła rocznie dziesiątki, jak nie setki nadsyłanych płyt, z kurtuazyjnym "odezwiemy się".

Wracając jednak do "Wisławy" i Twoich zarzutów. Piszesz: "Po prostu cudowny, czarodziejski sound jego trąbki średnio się klei z grą sekcji rytmicznej skądinąd zjawiskowej. Nie chodzi tu oczywiście o brak umiejętności, a raczej o zupełnie inny język jakim posługują się młodzi muzycy, których zaprosił Stańko do współpracy. Ten język jest zakorzeniony w bopie i nieprzerwaną tradycją przekazany przez pokolenia tym właśnie młodym mistrzom nowojorskiej sceny. Ich linia rytmiczna tańczy, unosi nas w przestworza, uwalnia od ciężaru ciała i zmienia w zmierzające ku słońcu i księżycowi ciało niebieskie. Lecz trąbka Stańki jakże często jest obok tego zjawiskowego rytmu. Zwalnia go, jest kamieniem u nogi, ciężarem." Jak napisałem we wstępie, to czy trąbka Stańki się komuś klei z całością czy nie, to sprawa indywidualna i subiektywna, lecz doszukiwanie się bopowej proweniencji, czy raczej bopowych aspiracji w grze Morgana, Virellesa czy nawet Cleavera (na tej płycie) to już solidne nadużycie. Tym bardziej, jeśli chwilę później piszesz: "Jakże zupełnie inaczej brzmiała ta trąbka na tle snutym przez polską sekcję rytmiczną nieodżałowanego kwartetu z Miśkiewiczem, Kurkiewiczem i Wasilewskim. Inaczej niż Amerykanie, którzy jak dobry mustang na prerii gonią do przodu i pożerają czas z szybkością rasowej Corvetty, polska sekcja szukała raczej głębi i znajdowała ją we wzajemnym zrozumieniu, w bezprecedensowej empatii, we współbrzmieniu.". Macieju, otóż ja uważam, że jest dokładnie odwrotnie. W skali mikro, w tej przestrzeni ograniczonej wizją Stańki, to właśnie każdy z polskich muzyków jest bardziej przywiązany do jazzowej tradycji niż muzycy obecnego kwartetu. Ciągoty Wasilewskiego ku dur/molowym harmoniom są równie silne, jak ciągoty Virellesa ku wyrwaniu się z ich ram. Podobnie sprawa ma się z pozostałą dwójką. Dużo częściej wyrywa się do trzydziestek Miśkiewicz, znacznie chętniej wraz z Kurkiewiczem kołyszą lub nadają swingujący rytm, nasuwający (bardzo luźne) skojarzenia bopowe. To Stańko zmuszą ich do gry w przestrzeni lub z przestrzenią, zabawy dźwiękiem i ciszą, delikatnego brudzenia czy ucieczki od tradycyjnych harmonii - czyli wszystkiego, co - mam wrażenie - nowojorczycy mają we krwi i do czego faktycznie się rwą, gdyby nie tonujące ich zapędy melodie, tkwiące na papierach wręczonych przez lidera.

Na koniec jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze: naprawdę niewielu jest jeszcze realnych mistrzów fachu, jakim jest uprawianie jazzu. Stańko bezwarunkowo należy do tej grupy, dlatego zniechęcanie do słuchania jego kolejnych płyt będzie dla mnie zawsze czynem spod znaku, opisanego w moim wcześniejszym tekście, "syndromu Woody'ego Allena". Obojętnie, czy uważamy płytę Stańki za lepszą czy gorszą od poprzednich, tak naprawdę jedyną realną miarą, którą możemy się posłużyć, jest jego własna dyskografia. Stańko to już osobne jazzowe mikrouniwersum, z którym obcowanie dostarczy nam zawsze znacznie więcej muzycznych wartości, niż dziesiątki odsłuchów wydanych w danym roku płyt. Po drugie: ostatnia płyta Stańki jest usypiająca chyba tylko dla tych, którzy są mocno senni lub padają przy niej ze zmęczenia. Już dawno nie słyszałem płyty tak wymagającej skupienia, trudnej i bogatej.

Marcin Kiciński
PS. wisisz mi Macieju konia z rzędem



LEO RECORDS - NOWOŚCI



 V. GUYVORONSKY / N. AHSAN / D. KUCHEROV 
Around Silence
V. Guyvoronsky - tp, fl
N. Ahsan - voc, swarmandal
D. Kucherov - tabla, perc


 RUSSIAN FOLKSOGS IN THE KEY OF NEW JAZZ
Anastasia Masloboeva - voice, cymbalo; 
Evgeny Masloboev - drums, percussion, metal objects, 
Alexey Kruglov - all sorts of saxophones; 
Sergey Starostin - Russian folk wind instruments; 
Arkady Shilkloper - French horn, Alpine horn, 
Renat Gataulin - piano, synth; 
Anton Kolosov - bass guitar; 
Vitaly Labutin - el. guitar

 EVGENY MASLOBOEV / ANASTASIA MASLOBOEVA 
Your Beautiful Face Makes Me Cry
Evgeny Masloboev - multi instruments
Anastasia Masloboeva - voc

 JOHN WOLF BRENNAN / MARCO JENCARELLI / TONY MAJDALANI 
Pilgrims
John Wolf Brennan - piano (and 10 other instruments)
Marco Jencarelli - acoustic and electric guitars 
Tony Majdalani - voice, percussion (and 10 other instruments)

 YANG JING / CHRISTY DORAN 
N. 9
Yang Jing - pipa
Christy Doran - g

 GOAT'S NOTES 
Fuzzy Wonder
Grigory Sandomirsky - piano, melodica, 
Vladimir Kudryavtsev - bass, 
Maria Logofet - violin, 
Piotr Talalay - drums, 
Andrey Bessonov - clarinet, 
Ilya Vilkov - trombone.

 IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP 
The Art of the Duet Vol. 1
Ivo Perelman - sax
Matthew Shipp - piano

 IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP / WILLIAM PARKER / GERALD CLEAVER 
Serendipity
Ivo Perelman - ts
Matthew Shipp - p
William Parker - b
Gerald Cleaver - dr

IVO PERELMAN / MATTHEW SHIPP / MICHAEL BISIO / WHIT DICKEY 
The Edge
Ivo Perelman - ts
Matthew Shipp - p
Michael Bisio - b
Whit Dickey - dr

wtorek, 5 marca 2013

Nick Cave & the Bad Seeds "Push The Sky Away" i Tomahawk "Oddfellows" - czyli płyty do orania


Ze sporą częścią płyt dzieje się tak, że po fenomenalnym pierwszym odsłuchu  każdy kolejny dostarcza coraz więcej znaków zapytania aż do momentu, kiedy wolimy je odłożyć w bezpieczne miejsce i już do nich nie wracać, zamiast brutalnie odrzucić, przyznając jednocześnie, że daliśmy się zwieść, że zostaliśmy zrobieni w konia, a płyta jest tandetnie oczywista, efekciarska, po prostu nieznośna, ergo - straciliśmy kolejne cenne godziny naszego krótkiego życia.
Z nieliczną grupą artystów działa to jednak dokładnie odwrotnie. Wpierw słuchamy z niepokojem. Mamy wrażenie, że chyba coś się nie udało. Nie wierzymy jednak - nazwisko przecież pewne, więc, na szczęście, dajemy kolejne szanse. Słuchamy i słuchamy pokornie, entuzjazm stopniowo narasta, aż w pewnym momencie jesteśmy bliscy okrzyknięcia płyty genialną, gdyby tylko zdrowy rozsądek i osłuchanie nie zawetowały tej nieuprawnionej oceny.
Warto też zwrócić uwagę na inne zjawisko, które można by nazwać "syndromem Woody'ego Allena". Gość kręci 1-2 filmy rocznie, a od kiedy zaczął się parać tematyką europejską, musi się borykać z zarzutem wtórności, bylejakości. Truje się, że jego filmy nic nie wnoszą, że są infantylne, że och "Manhattan", ach "Mężowie i żony", nawet "Jej wysokość Afrodyta" była jeszcze w dobrej formie, ale to, co jest teraz, to jakieś takie do dupy w porównaniu... Zawsze czytając tego typu recenzje, zastanawiam się, o co chodzi. Moje podstawowe pytanie brzmi: czy Allena naprawdę może być za dużo? Czy te dwa filmy rocznie to ponad miarę nadprodukcja, która nas może zmęczyć? I przede wszystkim- po co te ciągłe porównania? Czy naprawdę lepiej piąty raz zaserwować sobie "Annie Hall" niż pójść do kina na "Zakochanych w Rzymie"? Śmiem twierdzić, że o ile w ogóle lubi się jego manierę, to najgorszy Allenowski nowy film dostarcza zazwyczaj więcej intelektualnej przyjemności od dziesiątek produkcji rekomendowanych przez te same krytyczne redakcje wszelakich, mniej lub bardziej, nobliwych czasopism.
Nie czytałem żadnych recenzji poniższych płyt, ale podejrzewam, że będą musiały się biedne obie borykać z tego typu recenzenckim podejściem. Cave pewnie mniej, bo większy, trudniej mu przywalić. Patton oberwie, ale od czego ma się wiernych fanów?




TOMAHAWK "Oddfellows"

Mike Patton - voc
Trevor Dunn - b
Duane Denison - g
John Stanier - dr

Wytwórnia: Ipecac
Rok wydania: 2013




Najpierw się ucieszyłem, że wrócił bas. (Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uważam "Anonymous" za bardzo dobrą płytę, uruchomienie indiańskich stylistyk udało się na niej wyjątkowo dobrze i w sumie brak basu jej wielce nie zaszkodził. Nie wyobrażałem sobie jednak kontynuacji pracy Tomahawka, poza tym jednorazowym koncept-albumem bez tego znaczącego dla rocka instrumentu.) Chwilę później jednak wydał mi się"Oddfellows", jako całość, albumem nachalnie próbującym powrócić do przerwanej formuły z pierwszych dwóch płyt. Przez chwilę pomyślałem nawet, że może jest to leniwe wskrzeszenie jakichś odrzutów z poprzednich sesji.
Stopniowo zacząłem jednak ulegać. Od początku uwiódł mnie utwór "I. O. U.". Cudowna balladowa melodyka, prostacki bas, klawisze ala melotron w tle i przerysowane patetyczno-romantyczne pierdolnięcie w finale - to lubię. Później zaraził mnie utwór "Rise Up Dirty Waters", który, gdyby się znalazł na "Californii" Mr Bungle, nikogo by nie zaskoczył - Patton ewidentnie zatęsknił za postmodernistyczną mieszanką, którą serwował z powodzeniem namiętnie lata temu. Odniesień do Mr Bungle’a jest na tym albumie więcej. "Choke Neck" ma natomiast w sobie coś z filmowego Fantomasa, a tytułowe "Oddfellows" urzeka fantastycznie zestawionym riffem względem linii wokalu. Można by wymieniać utwór po utworze i z kilkoma słabszymi wyjątkami cieszyć się nimi na różne sposoby.
Zanim pojawił się ten album podobną konsternację zafundowała mi jedna z najlepszych płyt Mike'a - jego duet z Kaadą pt. "Romances". Długo go wałkowałem, zanim dochrapał się w moim rankingu tak wysokiej pozycji - zdobył ją jednak na trwałe. Nie sądzę, by którakolwiek z płyt Tomahawka mogła stanąć w szranki z tymi najważniejszymi pod względem artystycznym, każda z nich jednak, a "Oddfellows" na równi z "Mit Gas" i "Tomahawk" będzie mogła walczyć o berło uznania w kategorii bezpretensjonalnej rockowej przyjemności. Oczywista przewaga nowości polega na jej dziewiczości, dwie staruszki są już niestety totalnie zdeflorowane.




 


NICK CAVE AND THE BAD SEEDS "Push The Sky Away"


Nick Cave – voc, keyb, g; Warren Ellis – viol, mandolin, g, voc; Ed Kuepper – g; Conway Savage – keyb, voc; Martyn P. Casey – b; Barry Adamson – dr, perc, keyb; Jim Sclavunos – dr, perc

Wytwórnia: Bad Seeds Ltd.
Rok wydania: 2013


To nie ja snułem się po korytarzach liceum z walkmanem na uszach i dołującym wokalem Cave'owskich ballad morderców, potęgującym werterowską nastoletnią niedolę. Oczywiście ja też się snułem, ale zamiast wyć do Cave'a wybierałem raczej takie "Memories" Soft Machine, "Since I've Been Loving You" Led Zeppelin czy "Walking on Air" King Crimson.
W Bad Seeds, a także Birthday Party wszedłem nie tak dawno  - może trzy, góra cztery lata temu. Wsiąkłem jednak we wczesny okres Cave'a bez reszty. Howardowska sprzęgająca gitara, wymieniona później na zdecydowanie bardziej wysublimowaną w swojej kąśliwości gitarę Bargelda,  połączone z wiecznie wkurwionym wokalem lidera. Oj, wierzę w to jego wkurwienie... Zaraża mnie ono. Uwalnia.
Trochę gorzej było z późnymi płytami Bad Seeds. Po odejściu Bargelda piosenki stały się bardziej oczywiste, wygładzone i paradoksalnie, wbrew uspokojeniu wokalu - bardziej egzaltowane. Zwrot stylistyczny i ożywienie, na nierównym "Abbatoir Blues", lepszym "Dig, Lazarus, Dig!!!" oraz hardrockowym Grindermanie, dał miły powiew, ale raczej ciągle czegoś brakowało, by wszystkie te płyty na dłużej zadomowiły się w moim odtwarzaczu.
Inaczej ma się sprawa z najnowszą produkcją "Push The Sky Away". Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, gdzie jest pies pogrzebany, ale już dawno nie byłem pod tak silnym wpływem jakiejkolwiek płyty. Słucham jej prawie codziennie od blisko trzech tygodni i każdy kontakt z tymi cudownymi piosenkami potwornie mnie wciąga. Cave nie jest wkurwiony, brak mu egzaltacji, nie jest to też próba pokazania, jaki to z niego ciągle żwawy dziadek. Są to piosenki starszego, doświadczonego i znającego już swoje miejsce na świecie gościa, co niejedno przeżył, niejedno widział, po latach szarpaniny zaznał spokoju i niejedno ma do powiedzenia.
Tak jak w przypadku płyty Tomahawka, tu także zaczęło się od faworyty. Utwór "Jubilee Street”, którego prostotę i chwytliwość melodii stopniowo przegryza narastający - niczym w "Heroin" Velvet Underground - niepokój, jest genialny. Chwyt z crescendo na końcu jest co prawda stary jak świat, a zestawienie szorstkich riffów z gęstniejącymi smyczkami też się już słyszało, działa to jednak wyjątkowo mocno. Równie wybornie mają się sprawy z "Water's Edge", "We real cool" czy "Higgs Boson Blues".
Cave świetnie wprowadza w nastrój  tekstami i mam tu  na myśli nawet bardziej ich brzmienie niż sens. Blues, który zawsze go inspirował, lecz którego do końca nie rozumiał, ponieważ złość i bunt stanowiły bardziej barierę niż wsparcie, teraz eksplodował w nim, przez co jego śpiew w swej białej wersji tchnie tą samą pokorą, którą czuje się w nagraniach najstarszych z najczarniejszych.





Obie te płyty nie są wybitne, ale są na pewno wybitnie potrzebne. Są to płyty do orania, które gdybyśmy mieli na analogach (co w obu przypadkach jest możliwe) i tłukli je z nieprzyzwoitego patefonu, wystrugalibyśmy do ostatniego dźwięku. Porządne muzyczne rzemiosło, które przywraca wiarę, że pewne rzeczy nie muszą być nowe, oryginalne, inne, a  mogą fantastycznie służyć naszej przyjemności, łechcąc stosowne ośrodki swoją artystyczną dojrzałością, rzetelnym wykonaniem i produkcją. Profesjonalne podejście do muzyki w tych kulturalnie "made in China" czasach jest nader wartościowe.

Marcin Kiciński

niedziela, 17 lutego 2013

Farthest South "Omens & Talismans"

sobota, 9 lutego 2013

Wiem, że nic nie wiem.


Pamiętam taką sytuację z jednej imprezy. Było to z 9 lat temu. Pojawił się w mieszkaniu gość, którego nie znałem, a J.D. opisał mi go jako klienta zainteresowanego mocno jazzem. Oczywistym było, że szybko musieliśmy się zderzyć, ponieważ towarzystwo, kulturalnie używkowe i używkowo kulturalne, do jazzu podchodziło raczej tak, jak do mocniejszych dragów - czyli z pełną świadomością istnienia głównych przedstawicieli i ich wpływu na rzeczywistość, sporadycznie jednak korzystało i tematu raczej zbyt dogłębnie nie badało. Tym samym nie stanowiło stosownego grona dyskusyjnego dla takiego wytrawnego słuchacza jak ja. Gdy więc pojawił się właściwy "Egzemplarz", musiał natychmiast wysłuchać jednego z moich butnych elaboratów na temat tego czy innego współczesnego zespołu (np. Vandermark 5 czy AALY Trio) oraz wyższości Tima Daisy nad Timem Mulvenną. Ku memu zaskoczeniu facet zupełnie beznamiętnie spuentował moją egzaltację opinią, że nie zna obu wymienionych, a dla niego najlepszym jazzowym perkusistą był i będzie po wsze czasy Philly Joe Jones.
 - Kto? - spytałem (naprawdę!)
 - Grał w latach 50-60 - wyjaśnił - m.in. u Davisa.- Facet obrócił się na pięcie, napełnił swój osuszony kieliszek winem, zmoczył usta i ruszył w kierunku jakiejś interesująco  roznegliżowanej dzierlatki bujającej się w rytm "Raining on The Moon".
Złapałem za wszarz J.D. i z trudnym do ukrycia poruszeniem stwierdziłem, że koleś tkwi w przeszłości, w nudnych jak psie gówno "trzydziestkach", w tym męczącym walkingu kontrabasu, czyli kompletnie nie wie, o co chodzi.

Z jaką niebywałą łatwością przekreślało się wtedy całe gatunki muzyczne. Jedne z mniejszym, inne z większym szacunkiem, czasem zaznaczając, że owszem to może mnie kiedyś zainteresować, ale na razie trzymam się z dala, innym razem zbywając tysiące potencjalnych odsłuchów autorytatywnym prychnięciem. Szło się od płyty do płyty w jakiś taki prosty sposób, przeglądając jeden po drugim katalogi XLS ze spisanymi zbiorami płyt kolejnych internetowych muzycznych forumowiczów, tak namiętnie przecież uprawiających zbiorowy gwałt na prawach autorskich, bez cienia wątpliwości i wyrzutów sumienia tonami przetapiających swoje CDR-y na ich kolejne i kolejne odbicia i rozsyłających je na zasadzie "jeden za jeden", odstając przy tym dziesiątki, setki minut w kolejkach na poczcie. Jak to jednak ułatwiało komunikację. Jak scalało Towarzystwo. Przecież w pewnym momencie wszyscy mieliśmy nie tylko ten sam pień - wspólny zestaw kilkuset czasem tytułów, na temat których można było swobodnie polemizować, lecz przede wszystkim dzieliliśmy tę samą niedolę - błędnych rycerzy z foliopisami podpisujących swoje eRki wedle określonego klucza i czym prędzej aktualizujących swoje katalogi cyfrowe. Trudno było wyjść z tej koleiny, bo i przede wszystkim po co? Miało się tony muzyki, której i tak nie dało się ogarnąć i grupę ludzi, z którymi można było to wszystko omówić. I co z tego, że wszyscy szliśmy tym samym torem od nowo zdobytej Okka Disk  do kolejnego FMP, jakimś ReR czy Ambiances Magnetiques urozmaicając swoją mozolną podróż. Wszyscy szliśmy, ramię w ramię, dlatego chyba nikt się nie przejmował, że o niczym de facto nie mamy pojęcia.

Minęło wiele lat, mam za sobą kolejne tysiące przesłuchanych płyt. Towarzystwa już dawno nie ma, a to, co wypełniło powstałą po nim pustkę, to rosnąca niczym rak uciążliwa świadomość, że gówno wiem. Nie wiedzieć po co nagle się muzycznie otworzyłem, a bezpieczny, wąski tor moich zainteresowań, który przy odpowiednim stopniu konsekwencji pewnie byłby bliski ogarnięcia, nagle zamieniłem na nie do poznania basen muzycznego morza, w którym ja ze swoim doświadczeniem wyglądam jak rozbitek na tratwie smutno smażący się  na nieustępliwym słońcu realnej niewiedzy i muzykologicznych braków.
Co gorsza, świadom swoich nikłych możliwości czasowych, zamiast spojrzeć prawdzie w oczy, z durną nadzieją zerkam na kupowane w stanie jakichś chwilowych manii kolejne pozycje książkowe i gdzieś tam sobie w duchu niepotrzebnie powtarzam, że tak, jest szansa by to wszystko nadrobić, by się dowiedzieć, uporządkować, że to się stanie, choćby na emeryturze...
Stanie się? Może. Na razie słucham, zarażony kiedyś przez Radiową Dwójkę Benjaminem Brittenem, jego koncertu skrzypcowego i czuję się nagi i bezbronny.

Marcin Kiciński

niedziela, 20 stycznia 2013

Podsumowanie roku 2012 - część 2

ANDERS JORMIN "Ad Lucem"

Mariam Wallentin: voice
Erika Angell: voice
Fredrik Ljungkvist: clarinet, saxophone
Anders Jormin: double-bass
Jon Fält: drums

Wytwórnia: ECM




Ta płyta mogłaby być wizytówką ECM. Piękne, przestrzenne pieśni (poezje Pia Tafdrup), raz folkowe, raz sakralne, czasem patetyczne, czasem zwiewne; wszędobylska we wszystkich rejestrach perkusja i świetni, profesjonalni soliści. Jormin to instrumentalna klasa sama w sobie, choć fakt ten nie oznacza, że jestem wiernym fanem jego twórczości. Właściwie jest to chyba pierwsza z płyt sygnowanych jego nazwiskiem, która naprawdę przypadła mi do gustu (o ile świetne "Opus  Apus" zaliczymy Matsowi Gustafssonowi). Bardzo miłe jest to, że zaangażował młodsze pokolenie, dotartych już przecież nie tylko na niszowym gruncie, muzyków. Ljungkvista nie sposób nie lubić, gdy zna się np. LSB "Fungus" czy wczesne płyty Atomica, a i Fält wybornie odnalazł się w tym projekcie. W obu przypadkach nie był to ECM-owski debiut.
Jormin tak zbudowane trio postawił przed zadaniem ujazzowienia i rozimprowizowania skomponowanych motywów wokalnych. Wychodzą z tego bardzo zróżnicowane utwory, zarówno bliskie dominującej stylistyce ECM, jak i bardziej pikantne improwizacje (np. doskonały utwór "Vigor"), które raczej kojarzyć się mogą z początkami działania wytwórni.


AARON NOVIK "Secret of Secrets"

Fred Frith - g; Ben Goldberg - cla; Carla Kihlstedt - viol.; Cornelius Boots - Robot bcla; Matthias Bossi - dr; Jamie Dubberly - tb; Henry Hung - tp; Jessica Ivry - Cello; Aaron Kierbel - Dumbek; Dina Maccabee - Viola; Lisa Mezzacappa - b; Doug Morton - Tuba; Aaron Novik - el. cla, perc, Programming; Alisa Rose - Viol.; Irene Sazer - Viol.; Adam Theis - tb; Willie Winant: Tympani, vib, Glockenspiel, Gong, Tubular Bells

Wytwórnia: Tzadik

Absolutna perła Radical Jewish Culture. Myślę, że Zorn miał nie lada problem z umiejscowieniem tej płyty w konkretnej kategorii, ponieważ kompozycje Novika, moim zdaniem, spokojnie obroniłyby się także w serii kompozytorskiej. Nie ma wiele płyt w RJC, które wprawiają w podobne zakłopotanie i zazwyczaj są to te najlepsze.
Novik na "Secret of Secrets" potraktował muzykę żydowską jako luźną inspirację, która niczym mała kula śnieżna uruchomiła prawdziwą lawinę skojarzeń i pomysłów. Udało mu się je jednak z najwyższą precyzją i pewnie trudem podopinać, a efekt jego pracy jest doprawdy monumentalny. Tu jest naprawdę mnóstwo nut, brzmień i stylistyk, choć przeważa ciężkie avantmetalowe granie poprzeplatane żydowskimi tematami wtrącanymi z pomocą sekcji smyczkowej i puzonów raz dobitniej, innym razem bardzo subtelnie jako swoiste echa, surrealistyczne majaki.
Takie są trzy pierwsze utwory, z których najlepszy jest, moim zdaniem, utwór drugi. Z rzadką łatwością przechodzi tu Novik od elektrycznego ciężkiego grania, do akustycznego etnicznego pizzicato smyczków, by po chwili ponownie zrobić zwrot i narzucić stylistykę analogiczną do Carbonu Elliotta Sharpa.
Wyzwaniem za to na pewno są dwa ostatnie utwory. W pierwszym z nich Novik zaproponował abstrakcyjną pozbawioną rytmu i melodii miejscami dość hałaśliwą muzyczną przestrzeń, a w drugim coś skrajnie przeciwnego - minimalistyczną, ostrą, "mechaniczną" konstrukcję, która niczym metalowy walec odbija od siebie starające się wedrzeć "obce" frazy. Kolejne transpozycje monotonnego motywu to niczym zmiana biegów, która jeszcze bardziej podkręca atmosferę tego 11-minutowego, ostrego tłuczenia. Polecam podgłośnić volume i słuchać na słuchawkach, ponieważ wszystko to, co dzieje się wokół irytującego tematu przewodniego, absolutnie urzeka. To, co wydarzy się później jest równie interesujące.
Obok płyty Małych Instrumentów jest to kolejna moja tegoroczna faworyta!



MAGMA "Félicité Thösz"

Stella Vander - voc, tambourine; Isabelle Feuillebois - voc, bells; Hervé Aknin - voc; Benoît Alziary - vib; James Mac Gaw - g; Bruno Ruder - p; Philippe Bussonnet - b; Christian Vander : dr, voc, p, keyb, glockenspiel; Hervé Aknin, Sandrine Destefanis, Sylvie Fisichella, Marcus Linon - voc

Wytwórnia: Seventh Records

Z tego, co się orientuję, Magma jeszcze nie pojawiła się na Impropozycji. To dziwne, tym bardziej, że stanowi ten zespół nie tylko istotną pozycję w płytotece autora, co przede wszystkim zajmuje ważne miejsce w historii muzyki awangardowej w ogóle. Jeśli nie znacie, polecić należy przede wszystkim płyty z początku działalności zespołu, czyli z lat '70, gdzie najpierw blisko było im do kategorii jazzrockowej, a później stworzyli zupełnie nową myśl muzyczną, która zaowocowała powstaniem całego gatunku określanego, od nazwy wymyślonego przez Christiana Vandera własnego języka, mianem "zeuhl". Dużo tu międzyplanetarnej fantastyki, jakiejś ideologii i mistycyzmu, ale, co najważniejsze, jest to zespół jedyny w swoim rodzaju. Nie ma drugiego takiego.
Tyle gwoli wstępu, jeśli Was zainteresowałem, to zapraszam do google'a, Deezera i innych źródeł informacji. Teraz coś dla fanów. Nowa płyta Magma może być kontrowersyjna. Zespół zrezygnował bowiem z jednej z najważniejszych swoich cech, czyli z agresji i awanturniczości. Vander postawił na chór i to jego polifonie stanowią główny walor "Félicité Thösz". Pozostali instrumentaliści i co dziwne sam Vander również, właściwie tylko przygrywają wokalistom. Mamy zdecydowanie mniej charakterystycznego, wiekopomnego już Vanderowskiego synkopowania i drapieżnego akcentowania, za to pojawia się współgrający z ciepłymi wokalami, równie miękki wibrafon. Apogeum tej "wywrotowej" stylistyki jest utwór czwarty, w czasie którego radosna pieśń momentami przypomina disco z lat '70. Na płycie panuje atmosfera błogości i spokoju, która lepiej pasowałaby jako tło zdarzeń w tolkienowskim "Shire" niż vanderowskiej "Kobaia". Wszystko to brzmi dla każdego fana "Mekanïk Destruktïw Kommandöh" przerażająco, ale takiej podstarzałej ciotce jak ja, wchodzi z coraz większą łatwością.

CDN.
Marcin Kiciński


piątek, 18 stycznia 2013

Podsumowanie roku 2012 - część 1

To zdecydowanie nie był dobry rok dla tego bloga. Realia przygniotły z każdej strony. Jednak, mimo mojej mizernej aktywności, Wasza obecność dopisała i tym samym, nie tak dawno, stuknęło na liczniku sto tysięcy odwiedzin. Dziękuję.

To, że prawie nie piszę, nie znaczy bynajmniej, że nie słucham. Naturalnie, nie odbywa się to w takim wymiarze, jak niegdyś, dlatego staranniej dobieram tytuły. Nie ma mowy o dotychczasowej masówce i mieleniu większości z nowo ukazujących się wydawnictw. Przy takich niedoborach czasu misja cedzenia premier płytowych, której trzymałem się kurczowo jeszcze kilka miesięcy temu, stała się udręką, a narastająca frustracja coraz wyraźniej przebijała się w tonie moich, coraz to bardziej zajadłych tekstów. W pewnym momencie dałem sobie spokój, zerknąłem na swój muzyczny zbiór i postanowiłem na nowo poszukać dla siebie przyjemności ze słuchania.

Skutkuje to tym, że w nadchodzącym roku Impropozycja rzadziej będzie oferować Wam coś bieżącego. Odbywam ponownie cudowną podróż po własnym (tzn. wyselekcjonowanym) muzycznym zbiorze, jednocześnie konsekwentnie siedzę w latach '50 i '60. Wracam do sprawdzonej metody szukania nowych tytułów, idąc tropem określonych faworyzowanych nazwisk. Koniec z ideologicznym "dawaniem szansy" Rempisowi i jego kolejnym płytom a.d. 2013, skoro odłogiem leży cała masa tytułów Dressera, Leandre, Hemingwaya i wielu innych, o klasykach nie wspominając. Ciągle nie czuję się na siłach, by pisać o tych ostatnich - pewnie stanie się to przedmiotem mojej emerytalnej pisarskiej aktywności, tym niemniej coraz solidniej zbieram się w sobie, by kompleksowo zbadać konkretne współczesne muzyczne sylwetki, które w mojej osobistej hierarchii znajdują się na piedestale.

Przechodząc jednak do właściwego podsumowania roku 2012: spodobało mi się trochę więcej płyt, niż tych pięć:

http://impropozycja.blogspot.com/2012/03/szilard-mezei-vocal-ensemble-fujj-szel.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/06/thing-neneh-cherry-cherry-thing.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/08/luciano-berio-mike-patton-ictus.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/09/mae-instrumenty-chemia-i-fizyka-obuh.html
http://impropozycja.blogspot.com/2012/10/frank-gratkowski-wolter-wierbos-dieter.html

W kilku zdaniach więc (kolejność bez znaczenia):



4TET "Different Song; Step in to the Future"

Michel Wintsch - p; Baenz Oester - b; Norbert Pfammatter - dr, perc; Yang Jing - Pipa, Guqin

Wytwórnia: Leo Records






Michel Wintsch konsekwentnie realizuje swój pomysł na muzykę w oparciu o ideę "Less is More". Orientalne dźwięki instrumentów Yang Jing idealnie wpasowują się w to oszczędne komponowanie nastawione na ekspozycję pojedynczych dźwięków i ich pełne wybrzmiewanie. Chodzi o przemyślane zagospodarowywanie przestrzeni, staranne kontrapunktowanie i uważne polifoniczne improwizowanie.
Piękna odpowiedź na częste, jakże gęste pustosłowie wielu współczesnych grajków.


BESTER QUARTET "Metamorphoses"

Jaroslaw Bester: Bayan
Oleg Dyyak: Bayan, Clarinet, Percussion, Duduk
Jarosław Tyrała: Violin
Mikolaj Pospieszalski: Double Bass
Tomasz Zietek: Trumpet

Wytwórnia: Tzadik Rec.



Gdy ma  się słabość do brzmienia akordeonu, trudno być obojętnym wobec twórczości Bestera. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, nawet dla tak zmęczonego klezmerskimi tematami gościa jak ja. Bester, w odróżnieniu od swojego wydawcy Johna Zorna, rozumie, że względnie tradycyjne granie wymaga zaangażowania wielkiej wyobraźni, bo tylko jej owoce są w stanie zbilansować oczywistość żydowskiej maniery. A ponieważ ma Bester nie lada potencjał, to – jak dla mnie - jako kompozytor i aranżer, z płyty na płytę prezentuje się coraz lepiej i z coraz większą frajdą poruszam się w świecie jego pięknych melodii, trafionych aranży i przede wszystkich wciągających scenariuszy.


EIVIND OPSVIK  "Overseas IV"

Kenny Wollesen - drums, cymbals, timpani, vibraphone, marching machine
Jacob Sacks - harpsichord, farfisa organ, piano
Tony Malaby - saxophone
Brandon Seabrook - electric guitar, mandolin
Eivind Opsvik - bass

Wytwórnia: Loyal



W międzyczasie płyta została udostępniona: http://eivindopsvik.bandcamp.com/album/overseas-iv
więc nie muszę się specjalnie produkować. Urzekające wykorzystanie klawesynu. Bardzo oryginalna maniera połączenia muzyki dawnej z jazzem. Malaby w idealnym dla siebie środowisku.



URUMCHI "Nar(r)"

Saadet Turkoz - voice
Hans Hassler - accordion
Alfred Zimmerlin - cello
Fredy Studer - drums, gongs

Wytwórnia: Leo





Pulsujące, rozimprowizowane, przeozdobne pieśni kazachsko - tureckie. Świetna, dobrze zorganizowana praca całego zespołu. Ciekawe zestawienia rytmiczno - harmoniczne. Cudowne kontrapunktowanie. Zespół stylistycznie zbliża się do faworyzowanych przeze mnie zespołów Roof / 4 Walls, ma jednak absolutnie swoją atmosferę, którą uatrakcyjnia charakterystyczny beat Fredy'ego Studera.



TYSON NAYLOR "Kosmonauten"

Tyson Naylor - piano, melodica
Russell Sholberg - bass
Skye Brooks - drums
+ François Houle - clarinet

Wytwórnia: Songlines



Nie jestem koneserem trio fortepianowych. Często mam wrażenie, że pianistom - liderom brakuje inwencji kompozycyjnej, określona formuła dość szybko się wyczerpuje, zaczynam się nudzić. Płyta Naylora zasługuje na wyróżnienie właśnie ze względu na bogactwo pomysłów oraz wielość stylistyk. Gdzieniegdzie słychać fascynację Monkiem, ale raptem zasugerowaną i wbudowaną w zupełnie nowe konteksty. Trio zderza ze sobą dość mainstreamowe, przyjemne melodie utworów bardziej oczywistych, lecz wykonanych z polotem, z niepozbawionymi pazura kompozycjami progresywnymi. Bardzo miły wkład klarnetu Houle'a.



FLORATONE "II"
Bill Frisell - g, Matt Chamberlain - dr, perc, Lee Townsend - production, Tucker Martine - production
+ Mike Elizondo - b, Jon Brion - keyb, Ron Miles - trumpet, Eyvind Kang - viola

Wytwórnia: Savoy Jazz





Zawsze mnie zastanawiała funkcja producenta, którego przedstawia się jako równoprawnego członka zespołu. Tu mamy aż dwóch, ale ich obecność trochę mniej dziwi, gdy całość firmuje pedant Frisell, a za bębnami siedzi pół-maszyna  - perfekcyjny do granic możliwości Chamberlain. Dostajemy wykoncypowany, wycyzelowany, bezbłędny, elegancki, ale także oryginalny i nowoczesny produkt, który ma się sprzedać w świecie drogich garniturów, eleganckich wizytówek, zawsze lśniących limuzyn i hi-endowego sprzętu grającego. Niczego z powyższych nie posiadam, ale z tą muzą od czasu do czasu mi wyjątkowo wygodnie.(Pytanie, czy do twarzy też)?


CDN.
Marcin Kiciński

środa, 16 stycznia 2013

Pasztety Polityki

Nie będę gratulował Tres.B wygrania Paszportu Polityki w kategorii muzyka popularna. Nie dlatego, że uważam ich płytę za słabą, wtórną i przede wszystkim cholernie nudną. Nie dlatego też, że wygrali z Maseckim, bo - jak wiecie - mimo aplauzu masy autorytetów, ludzi niewątpliwie o wyższych kompetencjach muzykologicznych niż moje, jego bachowy projekt uznaję raczej za łachowy. Nie chodzi nawet o to, że wyprzedzili Małe Instrumenty, które szanuję i którym konsekwentnie kibicuję. Problem, z którym nie mogę się jednak pogodzić, to, co mnie irytuje, a może nawet obrzydza, to sposób ich wyróżnienia.
Nie wiem, czy wiecie, ale na wskazanych przez fachowe gremia poszczególnych artystów z tych kilku dziedzin sztuki głosowaliśmy lub mogliśmy głosować my - odbiorcy. Abstrahując od tego, że oczywistą i dominującą staje się implikacja: najpopularniejsze oznacza najlepsze, co - jak wszyscy wiemy - raczej rzadko pokrywa się z prawdą, najgorsze w tym wszystkim było to, że aby oddać jakikolwiek głos, należało wypowiedzieć się w każdej dziedzinie. I tak, chętny do głosowania Kiciński, na dzień dobry zderzył się koniecznością dokonania wyboru między Michałem Borczuchem, Mirkiem Kaczmarkiem i Iwanem Wyrypajewem w teatrze, a zaraz potem bodaj między Radkiem Szlagą, Katarzyną Krakowiak i Julitą Wójcik w sztukach wizualnych. Mi jakoś nie wstyd się przyznać, ale twórczości żadnego z powyższych nazwisk nie znam na tyle, by się na ich temat wypowiadać.
Naturalnie moja indolencja w pozamuzycznym świecie sztuki nie może być podstawą negacji tej czy innej formy głosowania, ba, może ją nawet konstytuować, docieramy więc do zasadniczego pytania: czy intencją autorów tej formy wyłaniania bohaterów tegorocznych Paszportów Polityki było odcedzenie spośród czytelników Polityki i wielu innych potencjalnych wyborców tylko tych, którzy charakteryzują się niebywałą wrażliwością we wszystkich dziedzinach współczesnej kultury oraz jednocześnie tych, którzy konsekwentnie śledzą wszystkie bieżące jej wydarzenia? Niepotrzebnie produkuję znaki. Pomysł jest ze wszech miar idiotyczny. Dużo gorszy jest jednak rezultat. Jakoś nie mam za wiele zaufania do naszych elit, a już najmniej mam do tych, którzy uważają, że do nich należą, przez co zakładam, że, przeważająca część głosujących, to ludzie, którzy, w odróżnieniu od dyletanta Kicińskiego, po prostu nie zawahali się, klikając przy określonych nazwiskach, mimo braku pojęcia o ich zasługach w danej dziedzinie. Kompulsja utożsamiania się z potencjalnym wygranym w danej dziedzinie na bank wywróciła do góry nogami wyniki głosowania w pozostałych kategoriach.
Gratuluję wszystkim!

Marcin Kiciński

poniedziałek, 14 stycznia 2013

OLEŚ BROTHERS & THEO JÖRGENSMANN TRANSGRESSION TOUR



OLEŚ BROTHERS & THEO JÖRGENSMANN  TRANSGRESSION TOUR
Theo Jörgensmann – low G clarinet |D|
Marcin Oleś – kontrabas |PL|
Bartłomiej Brat Oleś – perkusja |PL|

17.01.2013 Jazz Club Pod Filarami | Gorzów Wlkp.
18.01.2013 Jazz Club Bagatella | Darłowo
19.01.2013 MDK | Wągrowiec
20.01.2013 CK Agora | Wrocław (cena 20 zł)
21.01.2013 Pardon To Tu | Warsaw
22.01.2013 Meskalina | Poznań
24.01.2013 Cafe Ratuszowa | Legnica
25.01.2013 MCK | Tychy 

Theo Jörgensmann - niemiecki klarnecista, uznawany za najwybitniejszego instrumentalistę europejskiego free jazzu, jeden z twórców współczesnego brzmienia jazzowego klarnetu, zaliczanego obok Erica Dolphy i Jimmy’ego Giuffre do najbardziej znaczących klarnecistów w historii jazzu w Europie.

Bracia - Marcin Oleś (kontrabas) i Bartłomiej "Brat" Oleś (perkusja) - to rytmiczna wizytówka polskiej muzyki improwizowanej. Od ponad dziesięciu lat tworzą autorską muzykę, której głównym punktem odniesienia jest jazz. Są twórcami autorskich projektów oraz towarzyszą wielu sławnym jazzmanom z całego świata tworząc „rytmiczny dream team”, jak pisał o nich niemiecki magazyn JazzZeitung. Na liście ich współpracowników pojawiają się nazwiska Williama Parkera, Kenny'ego Wernera, Hamida Drake’a, Davida Murraya, Roba Browna, Kena Vandermarka, Chrisa Speeda, Erika Friedlandera, Mathew Shippa, Rudiego Mahalla, Andrzeja Przybielskiego i wielu innych. Bracia Oleś Odnajdują wciąż nowe sposoby na przełamanie stereotypów, udowadniając, że kontrabas i perkusja wystarcza, by stworzyć muzykę kompletną, pełną energii i niespotykanych brzmień.
Bracia Oleś nazywani są największym skarbem polskiego jazzu XXI wieku... 
Dziennik, 18.01.2008.

Muzycy spotkali się w trio m.in. przy rejestracji materiału na płytę „Miniatures”, która ukazała się w 2003 roku. Od tego czasu dyskografia tria powiększyła się o kolejne trzy albumy Directions [Fenommedia 2005], Live in Poznań [Fenommedia 2007], Alchemia [HatHut 2008]. Najnowsze nagranie zatytułowane "Transgression" ma się ukazać nakładem HatHut Records jeszcze w styczniu 2013 roku. Podczas koncertu muzycy będą prezentować materiał z tej własnie płyty.
 Informacje: Adrian Podgórny
adrian.podgorny@ckagora.pl,tel. 71 325 14 83 wew.123